Z cienia do jasności

Znaczące postacie w życiu gminy Będków – wybór subiektywny

Każda gmina ma postacie znaczące, wybitne, w przeszłości i teraźniejszości, lecz ciągle mało o nich wiemy i tym bardziej mało je doceniamy. Często mieszkając obok nich, czy to tych fizycznie, czy tych już tylko duchem obecnych, wiemy o nich niewiele, wiemy niewiele o ich czynach, o ich wpływie na to, w jakim dziś żyjemy środowisku, w jak ukształtowanej miejscowości.

Nasza Gmina to miejsce o bogatej tradycji, z niezwykłą historią, ale przede wszystkim miejsce życia całych pokoleń ludzi, których ślady wprawdzie pozostały, lecz pył czasu je tak dalece przyprószył, że dziś trudno je odnaleźć, mimo że one ciągle nam towarzyszą, albowiem tworzą dzieje tego miejsca. Dzieje zaś tego miejsca tworzą masz byt, kształtują naszą świadomość, i to nie tylko tą historyczną, one wyznaczają naszą tożsamość. A gdy pamięć o tych szczególnych ludziach, pozostanie w zakamarku zapomnienia, to historia naszej Gminy nie będzie prawdziwa, a my będziemy żyli w świecie fikcji i narracji wieszczów o szemranym pochodzeniu.

Niniejszy wykład będzie poświęcony osobom związanym z życiem gminy Będków, które w mojej ocenie zasługują na przypomnienie względnie ich przedstawienie. Chciałbym na tym spotkaniu naświetlić ich życiorysy i osiągnięcia, i te osadzić w kontekście środowiskowym, albowiem tylko z tej perspektywy można będzie podjąć próbę właściwej oceny dokonań przedstawianych osób. Przedstawieni będą:

– Mieszczanie Będkowscy:

– ks. Alfons Trepkowski

– Józef i Franciszek Wachnikowie

– Rodzina Jakuba Radomskiego

– Mieczysław Rybak oraz Jan Kubiak

A co łączyło Marka Twaina z pewną postacią, z poniższej fotografii, z Borzysławia w gm. Tychowo, możecie przeczytać pod poniższym linkiem:

Mieszczanie Będkowscy:

Jan, Piotr i Mikołaj Wspinkowie, synowie Piotra, wystarali się dla Będkowa o prawa miejskie. Przywilej lokacyjny z dn. 29 sierpnia 1453 r. wydał Kazimierz Jagiellończyk w Krakowie, [Zatem w 2017 r. przypada 564 rocznica powstania miasta Będkowa]

Od tej daty mieszkańcy Będkowa mogli nazywać się mieszczanami.

Istniejące akta metrykalne od 1649 r. wymieniają przede wszystkim imiona, a jak pojawiają się nazwiska to w całej parafii będkowskiej są bardzo podobne a wręcz takie same: Popek, Migacz, Szuwarek, Sążel, Małocha, Duk, Olszynka, Wieczorek, Wilczek, Olkiewicz, Gruszecki,

W aktach zapisane są też imionami związany zawód taki jak: Andrzej Młynarz z młyna będkowskiego, Sebastian z młyna Ceniawy, Jan z młyna Remiszewice, a 1660 r. już są używane nazwiska z zawodami: Maciej Stolarz, Jan Karczmarczyk, Grzegorz Kociołek, Albert Mącznik młynarz z Będkowa.

1 ślub w Będkowie: 19. października 1660. szanowny ks. Józef z Rudnika Rudnicki, kanonik włocławski, proboszcz będkowski, udziela ślubu w Będkowie, Kazimierzowi Dziubińskiemu z Agnieszką Sążelówną

Mieszczanie i mieszczki z Będkowa brali śluby w sąsiednich okolicach: Rzepki – par Srock, Prażki, Popielawy, par. Łaznów, Rzeczków par. Wolbórz, Olszowa par. Ujazd oraz w swojej parafii: Wola Drzazgowa, Wykno,

1660 r mamy pierwszy zapis honesti [mieszczanin] Rybiński, Siołakowski. Walenty Stolarz,

1670-1690 – Mikołajski, Gozdzicki, Banachowski, Motylowski, Siołkowski,

Brak 50 lat w aktach metrykalnych.

1744 – Daniel Grabkowski – drobny kupiec viator (wędrowiec)

1745 – Krzysztof Sadłowski – krawiec

1746 – Adam Grochulski – rzemieślnik, 1751 r. pisarz

1759 r. nabył Będków od Marianny Świdzińskiej, stolnikowej sieradzkiej, za 210 tys. florenów, Antoni Sebastian Dembowski h. Jelita (1682–1763)

Za czasów syna, Jana Dębowskiego, biskupa włocławskiego, Będków rozkwita, sprowadzają się do miasta nowi rzemieślnicy i to w dużej liczbie o bardzo różnych zawodach.

1768 r. w Będkowie mieszka 3 złotników– Sebastian Michałowski, Franciszek Nowak, Franciszek Dynarowski,

Przybywa rodzina Tomasza Podgórskiego, 1771 – ma 5 synów, wszyscy są kowalami

1779 r. – Sebastian Pachniewicz – przekupnik, i zamieszkuje u rodziny Pakułów,

Oraz rodzina Ignacego Golińskiego, cała rodzina nawet zięciowie to garncarze, 1788

Mamy też lekarz to: Jan Szyler, 1790

Inne zawody: dużo nazwisk z zawodem woźnicy, a także płócienniczy, karczmarze, młynarze, kupcy, cały przekrój innych zawodów: garbarz, stolarz, rzeźnik, szewc, rymarz i zawody związane z dworem Dembowskich, kamerdyner, marszałek dworu, pisarz, ogrodnik, łowczy, mleczarz, kowal dworski,

I tu przechodzimy do obywateli miasta, którzy mieli wpływ na jego rozwój czyli ławnicy:

Wieczorkiewicz Wojciech, ur. 1781 – 1846, syn Tomasza i Rozalii Bartyzel, radny od 1814 – 1817 r., od 1826 r., gospodarz, zam. pod nr 37,

Garczyński Jakub, ur. 1780 – 1845 r., syn Piotra i Urszuli [ur. w domu ratuszowym],

od 1813 r. radny, zam. pod nr 14,

Grochulski Bernard, ur. 1765 – …?, syn Adama i Marianny, radny od 1813 – 1843 r.

Pachniewicz Bernard, ur. 1785 – …?, syn Sebastiana i Heleny, radny od 1814 – 1844 r.,

Będków, dn. 20 kwietnia 1820 r. powstaje Dozór Szkolny, którego reprezentuje:

Ks. Mikołaj Drużbacki, proboszcz parafii Będków, Franciszek Basiński, dzierżawca Będkowa

Łukasz Trzciński, burmistrz Będkowa, Bernard Grochulski, ławnik miasta Będkowa

Jakub Garczyński, obywatel miasta Będkowa

od 1 września 1820 r. podpisują na 3 lata kontrakt z nauczycielem i powstaje w Będkowie pierwsza Szkoła w domu Wojciecha Brojka. I tu trzeba podkreślić bardzo duży wkład pracy jaką wykonali B. Pachniewicz i B. Grochulski, by szkoła istniała i naukę pobierały dzieci z całej naszej parafii.

Alfons Trepkowski

Warto jest poświęcić więcej uwagi księdzu Trepkowskiemu; ur. się w Warszawie, 22 października 1869 r., był mieszczaninem. 24 kwietnia 1892 r. został wyświęcony na kapłana w kościele Świętego Krzyża w Warszawie. Pierwsze probostwo otrzymuje w wieku 27 lat, przechodząc z wikariatu na Woli pod Warszawą do Kiczek w dekanacie nowomińskim, tam w latach 1896–99 pełni posługę kapłańską.

W roku 1899 zostaje administratorem [proboszczem] będkowskiego kościoła. Od pierwszych dni swojego pobytu przystępuje do pracy w bardzo zaniedbanym i wymagającym remontu kościele np. przeciekający dach, z próchniała posadzka, brak parkanu wokół kościoła. Mimo licznych prac remontowych i posługi kapłańskiej, ks. Trepkowski widzi jak wiele krzywdy wyrządza w rodzinach alkohol, próbuje wszelkimi sposobami z tym nałogiem walczyć. O jego zaangażowaniu w zwalczanie nałogu donosi ówczesna prasa łódzka: „Wstrzemięźliwość”. Większa część mieszkańców wsi Będkowa, dzięki namowom proboszcza,: już od dłuższego czasu wcale nie pije wódki. Obecnie przykład ten chwalebny zaczyna naśladować wielu mieszkańców wsi ….?

Był on także gorącym patriotą, dla którego Polska i polskość miała istotne znaczenie. Z jego inicjatywy powstał bunt w Będkowie 1905 roku przeciwko polityce okupanta carskiego w obronie mowy polskiej: (donosi piotrkowski Tydzień z 24 grudnia 1905).W gminie Będków na zebraniu kwartalnym, odbytem … 19 października, uchwalono między in. wprowadzenie do biurowości gminnej języka polskiego, oraz postanowiono dążyć do unarodowienia gminnej szkoły elementarnej… W chwili obecnej gmina Będków nie tylko spolszczyła swoją szkołę, ale i zażądała … wprowadzenia języka polskiego do sądu

O uświadomieniu narodowym mieszkańców gminy Będków świadczą wypadki w 1905 r. O tych wydarzeniach, nauczyciel miejscowej szkoły Wojciech Goliński napisał w kronice szkolnej: Nastał rok 1905. W Rosji wybuchła rewolucja… Po porozumieniu się z urzędem gminnym zostało zwołane zebranie, na którym gminiacy zażądali wykładów w szkołach i biurowości w urzędach w języku ojczystym, co było wprowadzone po powziętej uchwale. Miejscowy proboszcz Alfons Trepkowski, gorący patriota i działacz społeczny, ogłosił z ambony wiec polityczny w następną niedzielę, [tj. 19. X]. Podczas sumy chór odśpiewał „Boże coś Polskę” i „Z dymem pożarów”, a przy wyjściu pochodu odegrano z wieży kościelnej na trąbce „Jeszcze Polska nie zginęła”. Na przedzie pochodu parafianin Błażej Stolarski w białej sukmanie kroczył ze sztandarem, na którym z jednej strony był umieszczony obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a drugiej orzeł Polski. Po dojściu do wzniesienia na rynku pierwszy przemówił ks. proboszcz [A. Trepkowski], następnie obywatel, rolnik, rzemieślnik i robotnik. Po powrocie pochodu do kościoła ks. proboszcz zaprosił na plebanię po parze z każdego zawodu, gdzie podczas przyjęcia wygłaszano przemówienia o wolności ojczyzny. Następnie ks. zaprowadził milicje polską i ogłaszał przebieg rewolucji w Rosji.

To był jego ostatni rok w naszej parafii. Po takiej manifestacji władze carskie zmusiły arcybiskupa warszawskiego do odwołania ks. A. Trepkowskiego z zajmowanego probostwa. Jednak zanim do tego doszło, ów proboszcz w swoim dość krótkim pobycie na parafii przeprowadził liczne i wręcz spektakularne przedsięwzięcia na rzecz parafii i gminy będkowskiej:

  • przede wszystkim był piewcą kultu Maryjnego i w związku z tym zaangażowanym odnowicielem tegoż kultu w miejscowym kościele, przywrócił należyte znaczenie obrazowi MBB, cudami słynącemu, i co za tym idzie ożywił ruch pątnikowy do tegoż obrazu
  • reaktywował Bractwo św. Anny
  • założył chór kościelny
  • zmienił rynek koński przed kościołem na piękny park (pomógł mu w tym Józef Munkiewicz, szwagier Reymonta)

Już za czasów Jana Dembowskiego, biskupa włocławskiego i właściciela Będkowa wybrano nowe miejsce na cmentarz, ale dopiero 1878 r. zaczęto chować zmarłych.

  • Projekt nowego cmentarza który chciał założyć proboszcz dotyczył Rosochy, ale nie został zrealizowany [brak drogi]. Został oparkowany cmentarz dzisiejszy, nasadzono drzewa, zbudowano mostek.

Wśród jego szczególnych osiągnięć należy postrzegać dokonania dotyczące naukowych opracowań dokumentów kościelnych, znajdujących się w zasobach parafii. W tym zakresie odczytuje i kataloguje akta parafialne, będące nierzadko w rękopisach zniszczonych przez czas. Odczytanie niektórych z tych akt łacińskojęzycznych należy uznać za wybitne osiągnięcie, gdyż dziś odczyt niektórych z tych akt nie jest już możliwy ze względu na ich nieczytelność (zniszczenie przez czas); na ich podstawie oraz na podstawie własnych poszukiwań naukowych i obserwacji opisał dzieje Będkowa i parafii, sporządzając obszerną monografię, zawierającą cały szereg historycznie istotnych zdarzeń, o których dziś nigdy nie dowiedzielibyśmy się. Niestety, ten dokument obarczył autor życzenie, by nie został publikowany, lecz zarówno nie zabronił korzystania z niego i wykorzystywania do prac naukowych czy kościelnych.

Te jego dokonania są wręcz pomnikowe i czynią go najwybitniejszym myślicielem Ziemi Będkowskiej, mimo że był z nią związany jedynie sześć lat.

W 1906 r. opuszcza parafię, lecz nie kończy swojej działalności duszpasterskiej i naukowej. Zostaje prefektem szkoły technicznej w Warszawie, nazwanej później imieniem St. Staszica, ucząc w niej do 1925 r. Był autorem licznych artykułów prasowych i innych opracowań publicystycznych. Jeszcze będąc w Będkowie pisał pod pseudonimem Nekanda. W 1921 r. zostaje kanonikiem łowickim oraz kustoszem archiwum i bibliotekarzem Kapituły. Przyczynił się także do opracowania nowych statutów Kolegiaty Łowickiej. Do końca swoich dni był niestrudzonym dyrektorem akcji misyjnej. Zmarł 17 czerwca 1933 r. i został pochowany w Warszawie. [64]

Józef Wachnik: zaufany pracownik i przyjaciel rodziny Rejmentów

Józef Wachnik, ur. 25. X 1863 w Zamościu, syn komorników Kajetana i Franciszki z Maciaszczyków, rodziny przybyłej z Gorzkowic. Józef miał trudne dzieciństwo, wychowywał się bez matki, a ojciec był komornikiem we folwarku Reichelów w Zamościu. W jego życiu nastąpiła zmiana w 1880 r. Wówczas związał się z nowo przybyłą rodziną Rejmentów do Wolbórki.

Od początku pobytu Rejmentów łączyły go szczególne więzi ze Stachem Rejmentem. Ich znajomość szybko przerodziła się w młodzieńczą przyjaźń, która przetrwała do końca życia, mimo że w tym czasie Stach „unikał towarzystwa…” W młodości w chwilach wolnych „prawie zawsze włóczyli się po zaroślach i wertepach”. W latach późniejszych mogli także na sobie polegać, uczestnicząc w różnych eskapadach, jak np. w wyjeździe do Tomaszowa Maz. (IX 1887). Stach, a właściwie Władysław Reymont odwdzięczył się Józefowi za jego nieustające wsparcie, wielokrotnie nazywając go w Chłopach z imienia i nazwiska. Jeszcze pod koniec swego życia Reymont, gdy tylko przybył do Wolbórki, odwiedzał wiernego druha, szczególnie wtedy, gdy ten był już przywiązany do łóżka. Przyjaźń Józefa Wachnika ze Stachem i całą rodziną Rejmentów istotnie odbiła się na jego świadomości, która pozwoliła mu zauważyć związek pieniądza i szkoły: „Jak bym mioł pinindze…, to bym się wszyćkiego naucył, gronty bym kupił…, kunie miołbym…; by me gromada obrała na wójta”.

Sam tego nie doświadczywszy, nie omieszkał te wartości przekazać swoim dzieciom. Ponieważ jednak w domu Wachników żyło się bardzo skromnie, na początku gospodarzyli ledwie na 6 morgach, to i na naukę dla dzieci trudno było zgromadzić grosz. W tej sytuacji jest całkiem możliwe, że Józef otrzymał wsparcie finansowe od samego Reymonta (tj. po 1901 r.) Po powrocie z wojska ożenił się z miejscową Marianną z Góreckich i wkrótce przyszły na świat dzieci: w sumie miał ich pięcioro. W międzyczasie stał się gospodarzem na swoim (wżenił się do gospodarki). Mimo licznych obowiązków domowych (budowa i urządzenie domu, gospodarstwo, rodzina), zadbał również o wychowanie i wykształcenie swoich dzieci, z których najstarsze – Stanisław został nauczycielem, Franciszek był wieloletnim wójtem gminy Będków, a Józef utalentowanym skrzypkiem wiejskim.

W końcu ich przyjaźń była tego rodzaju ewenementem, że ten prosty chłop(iec) od początku dostrzegł w Stachu to, czego „najbliższa rodzina nie mogła czy nie umiała pojąć – jego indywidualność” i moc słowa. Tak pozostał ten zwykły chłop w pamięci wolbórkowian jako wierny przyjaciel, w pamięci prażan i zamościan jako sługa w Wolbórce, a w Chłopach jako dobry gospodarz. Zmarł w 1933 r. w domu rodzinnym po długiej chorobie.

Franciszek Wachnik, syn Józefa

Ur. w 1891 r. w Zamościu. W wieku 12 lat poszedł do nowo powstałej czteroletniej jednoklasowej szkoły początkowej w Prażkach, którą ukończył w 16 roku swego życia w 1907 roku. Jeszcze jako uczeń brał udział w strajku szkolnym 1905 r. w Prażkach, będąc wówczas jednym z najstarszych uczni w szkole: podburzył młodzież, by ci wyrzucili zeszyty na lekcji języka rosyjskiego. Nauczycielem szkolnym był wówczas znany z propolskich zapatrywań Stanisław Pilichowski, który w takim patriotycznym zachowaniu Franciszka nie widział nic niewłaściwego. Taka postawa nauczyciela pozwoliła Franciszkowi dokończyć naukę. Franciszek dalszej nauki już nie podejmuje, gdyż warunki życiowe mu na to nie pozwoliły.

Należy w tym miejscu poczynić uwagę, co do której wprawdzie nie ma całkowitej pewności, lecz wykazuje ona duże prawdopodobieństwo, a chodzi o udzielenie pomocy materialnej Józefowi Wachnikowi, ojcu Franciszka, ze strony Władysława Reymonta, którą prawdopodobnie otrzymał na kształcenie dzieci: Stanisława i Józefa.

W 1912 roku został powołany do wojska carskiego i wrócił z niego dopiero na koniec wojny, czyli w 1918 r. W międzyczasie znalazł się w austriackim obozie dla internowanych w Czechosłowacji, w którym zachorował na tyfus, gdyż w obozie panowały bardzo ciężkie warunki życiowe, i jako jeden z względnie nielicznej grupy obozowiczów przezwyciężył chorobę. Po powrocie do domu i krótkim okresie adaptacyjno-rekonwalescencyjnym, pomaga już chorującemu ojcu w gospodarstwie, prywatnie zaś uczy dzieci wiejskie czytania i pisania.

W 1920 r. bierze ślub z Józefą ze Smyczków z Biskupiej Woli, pozostając na gospodarstwie w Zamościu. Z małżeństwa rodzą mu się Zenon w 1921 r., późniejszy profesor zootechniki we Wrocławiu, i Zofia w 1927 r. (z męża Lasota), zam. w Prażkach.

W dość niewyjaśnionych okolicznościach w II RP daje poznać się jako sprawny organizator, angażujący się w życie gminy. Już na początku lat dwudziestych obejmuje stanowisko wicewójta gminy Będków, a w 1933 r. po ustąpieniu ówczesnego wójta Józefa Bojanowskiego samodzielnie przejmuje ster w gminie. Na funkcji wójta pozostaje do czasu przybycia okupanta w 1939 roku, wówczas zostaje zmuszony do ustąpienia z zajmowanej funkcji wójta na rzecz nominowanego przez okupanta hitlerowskiego miejscowego Adolfa Puscha. Do końca wojny pozostaje w rodzimymm Zamościu na gospodarce. Jednak w czasie rządów A. Puscha często spotyka się z nim na konsultacjach, by go wspomóc w kierowaniu urzędem. Szczęśliwie dożył końca wojny, a że cieszył się w lokalnym społeczeństwie nieustającym zaufaniem oraz że odznaczał się wieloletnim doświadczeniem i nienaganną postawą w prowadzeniu gminy, tak po raz kolejny został wybrany na urząd wójtowski, który jednak sprawował jedynie 2 lata. Wówczas sam zrezygnował z kierowania urzędem, znajdując się pod coraz agresywniejszą polityką państwa socjalistycznego. Po tych wydarzeniach wycofał się z życia publicznego gminy.

Do jego osiągnięć zawodowych zaliczyć należy przede wszystkim znaczące przyczynienie się do pobudowania nowej szkoły powszechnej w Zamościu w 1937 r.; na ten cel darował nawet kawałek swojego gruntu.

W roku 1938 r. z jego też inicjatywny powstaje Komitet Lokalny który próbuje połączyć budowę Domu Ludowego im. Reymonta w Prażkach z powstaniem w tym samym budynku Szkoły Powszechnej. Niestety projekt ten nie zostaje zrealizowany z powodu braku funduszy oraz zmiany koncepcji przez B. Stolarskiego.

Zaś w osiągnięciach ogniska domowego należy wyróżnić wykształcenie syna, który osiągnął najwyższy stopień akademicki.

Prywatnie znał również Wł. Reymonta, w końcu był jego protegowanym. Reymont gdy tylko przybywał do Wolbórki, zachodził do domu Franciszka, w którym opiekował się schorowanym ojcem Józefem. Odwiedzali go również różni redaktorzy, by podzielił się wspomnieniami własnymi i ojcowymi o Reymoncie, co też czynił.

Znał się, a nawet do pewnego stopnia przyjaźnił, z Błażejem Stolarskim, który był jego dobrym doradcą w sprawach życia gminne. Zmarł w 1966 r. i został pochowany na cmentarzu w Czarnocinie.

Jakub Radomski z Ewcina

W 1835 r. dobra wolskie przechodzą w ręce Skarbków. Jednak rodzina Skarbków od samego początku słabo dbała o rozwój gospodarczy swoich dóbr i szybko popadała w długi. Ta sytuacja zmusiła właściciela do poszukiwania nowych źródeł dochodów. Takim źródłem okazało się wydzierżawianie ziemi osadnikom pochodzącym z poznańskiego, głównie Niemcom, ale nie tylko. Tak w 1842 roku powstała prawem wieczystej dzierżawy (bo chłopi nie mogli być właścicielami ziemi) na dobrach Woli Drzazgowej wioska kolonialna pod nazwą Ewcin. Jej nazwa jest pamiątką po zmarłej Ewie Szweycerowej, pierwszej żonie Karola Skarbka, ówczesnego właściciela tychże dóbr. Grupie kolonistów dziedzic przekazał 274 morgi ziemi pod uprawę, zabudowę, szkołę, cmentarz i karczmę.

Jak wyżej wspomniałem, wśród tych osadników byli także Polacy, a wśród nich przybyła zasłużona dla wsi Ewcin rodzina Radomskich.

Od samego przybycia ewcińscy osadnicy wyróżniali się wyższą kulturą agrarną na tle miejscowych. Byli oni zdolni do dość wydajnego użytkowania piaszczystych gleb, wyróżniała ich lepsza organizacja swoich gospodarstw i nadto potrafili nimi z sukcesem zarządzać. Lecz sprzyjały temu także warunki dzierżawy, bowiem będąc niejako gospodarzem na swoim, mogli łatwo dostosować produkcję do potrzeb rynkowych. Stąd też dość szybko wzbogacali się, mimo że przybywając tu, nie wyróżniali się majątkiem.

Nie możemy mówić o samych Radomskich, ale o wszystkich osadnikach (na początku 24 rodziny) nie tylko dawali sobie radę na roli, lecz po pewnym czasie przystąpili do tworzenia dóbr wyższych: powstała szkoła, cmentarz, karczma (pewnego rodzaju wiejski dom kultury) i oczywiście kuźnia. Ich przybycie mocno ożywiło okolicę. Te same pokolenie osadników powiększyło znacznie swoje gospodarstwa rolne i dokupując ziemie, założyło nową osadę pod nazwą Krzyżanów.

Nastąpił znaczny rozdźwięk rozwojowy między Ewcinem (i Krzyżanowem) a Drzazgową Wolą i Ceniawami, i nie można go tylko tłumaczyć różnym systemem gospodarczym, lecz także odmienną mentalnością przybyszów, ich gospodarnością, dbałością o swoje oraz otwartością na nowinki gospodarcze, a przede wszystkim pracowitością.

Józef Radomski, ur. 1800 r, smolarz, wydzierżawili ziemię w Ewcinie, na 3 działkach, ogólnie ziemi 22 morgi i 150 prętów,

żona, Magdalena Cegielska, córka Kazimierza, ur. 1805 r Prusy – Wilcin?,

1 – Franciszek Radomski,

2 – Franciszka Radomska,

3 – Marianna Radomska,

5 – Ignacy Radomski,

6 – Antoni Radomski, ur. 1840 r. w Woli Drzazgowej,

4 – Jakub Radomski, syn Józefa i Magdaleny, ur. 1825 r w Sosnowicach, par. Silno, ślub 1847 r. w Żywocinie, zm. 6.03.1906 r. w Ewcinie,

żona, Marianna Heleniak, ur. 28.11.1830 r. w Żywocinie, jako małżeństwo mieli ponad chrześniaków, a to świadczyło o ich poważaniu i materialnym dobrobycie.

W 1880 r. Ewcin, który liczył 25 domów, 145 mieszkańców oraz 322 morg ziemi ornej, Jakub Radomski, gospodarzył już na 40 morgach, a był gospodarzem przez 50 lat.

Osiągnięcia:

Przede wszystkim nie rozdrobnił gospodarstwa rolnego i to było główną podstawą jego zamożności.

Szkoła Elementarna trzyoddziałowa w Ewcinie powstała w 1905 r., przyczynił się do niej Jakub [choć sam czytać ani pisać nie potrafił].

Sprawił balustradę w własnego drewna dębowego do kościoła będkowskiego, która została ustawiona 1 stycznia 1900 r., a wykonał ją Piotr Staniaszek z Kuznocina.

Marianna Radomska co roku na św. Marcina wyposażała kościół będkowski w obrusy, świece, a nie były to rzeczy tanie,

Tworzyli też kulturę wiejską poprzez stroje ludowe, wycinanki, hafty. [Takim przykładem jest Agnieszka Radomska w 5 pokoleniu Jakubowym],

I jeszcze taka ciekawostka z opowieści dziadka: znałem dwóch gospodarzy których nikt nie widział w karczmie: Jakub Radomski i Błażej Stolarski.

Opowieść mojego dziadka Marcina.

Było to bardzo dawno temu, kiedy puszcze rosły wokół, a osady nieliczne w głębi puszczy ukryte. Był w okolicy naszej straszny zbój, który rabował kupców i napadał na dwory, ale i ludności w okolicy nie oszczędzał. Ze swoja bandą która liczyła kilkanaście osób grasowali na traktach i gościńcach. Nie oszczędzał nikogo, od mordów się nie wzbraniał. W Polsce wtedy panował Władysław Łokietek, król był zajęty walkami o władzę i odrodzenie państwa Polskiego. W końcu walki ucichły i na tron wstępuje Kazimierz Wielki. Zaraz na zbójców przychodzą ciężkie czasy. Rozporządzenie króla jest takie by oczyścić cały kraj. Wyruszają w Polskę brygady królewskie, by łapać zbójów i oczyszczać trakty. Nasz rozbójnik też drży o życie ale praktyk nie porzuca. Banda kilka razy wpada w zasadzki, zmniejsza się liczba rozbójników ale nasz herszt wychodzi zawsze cało. Jest pewny że zrabowane skarby pozwolą mu przeżyć, bo nawet jak go złapią to może uda mu się wykupić. Następuje wielka obława na obóz zbójników, on jednak morduje swoich towarzyszy i oddaje się w ręce królewskich wysłanników. Jednak jego kalkulacje z pełzną na niczym. Król chce odzyskać skarby ale nie za wolność zbója. Każe go zamknąć do wieży i głodzić. Nie wydaje on jednak gdzie schował skarby i umiera w lochu. Mijają dziesiątki lat, nie ma już puszczy i nie ma zbójników, ludzie powoli zapominają o legendarnym zbójcu. W zagrodzie mieszkańca Ewcina p. Radomskiego stoi ogromny stary dąb. Przeszkadza on gospodarzowi bo jego rozłożyste konary zasłaniają stary dom. Jednak pewnego dnia p. Radomski postanawia go wyciąć. Wynajmuje na wsi robotnika bo syna ma jeszcze młodego i przystępują do pracy. Niestety praca nie idzie łatwo, piłą ręczną próbują przeciąć pień ale jak dopiłowali do połowy słychać tylko zgrzyt i zęby w pile zostały z tępione. Przyjdź jutro mówi do robotnika to ja naostrzę piłę i poradzimy sobie z tym drzewem. Następnego dnia rano ku zdumieniu robotnika dąb już jest zwalony a w pniu widnieje ogromna dziura.

Stare drzewa mają to do siebie że są zmurszałe od środka. Wieś się zmienia i u Radomskich przybywa ziemi. Ludzie zaraz przypominają sobie legendarnego zbójnika i jego ogromne bogactwo. Zawsze mity i legendy, a nie ciężka praca wpływają na ludzką wyobraźnie.

Mieczysław Rybak oraz Jan Kubiak

Przedstawiam Państwu dwie postacie, które ani dla Gminy ani dla lokalnego społeczeństwa nie dokonały nic szczególnego. To co osiągnęli w swoim życiu to przede wszystkim dla siebie i oczywiście dla absolwentów uczelni, dla Polski jaka ona by nie była, dokonywali jak najlepszych wyborów i to co mogli w swoim życiu przekazywali innym. Byłem bardzo zaintrygowany, jak to się stało, jakie były przyczyny, co takiego się wydarzyło, że synowie chłopów którzy nie umieją czytać, pisać, wysyłają synów na naukę.

Stanisław Rybak, syn Andrzeja i Heleny Fijałkowskiej, ur. 21.03.1895 r w Drzazgowej Woli, rolnik, mieszkali pod nr 18,

Żoną jego zostaje, Apolonia Węgrzynowska, córka Ignacego i Ludwiki Głowackiej, ur. 20.06.1898 r w Ceniawach,

Stanisław postawił na szkolnictwo synów Mieczysława i Jan Bolesław chociaż większość chłopów dbała raczej o dobra materialne [ tutaj można posłużyć się przykładem Reymonta o którym mówili w Prażkach, że do żadnej pracy się nie nadaje].

Jan Bolesław, syn Stanisława, ur. 12.11.1924 r w Ceniawach, lekarz medycyny ogólnej, trzeci syn Stanisław, nie pobierał nauki.

Mieczysław Rybak, syn Stanisława i Apolonii Węgrzynowskiej, ur. 10.12.1921 r w Ceniawach, tam ukończył 4-klasową szkołę powszechną.

Jan Kubiak, syn Franciszka i Józefy Maciaszczyk, ur. 4.09.1921 r. w Woli Drzazgowej i tam ukończył cztery oddziały szkoły powszechnej,

obaj uczęszczali do 7 – klasową szkołę powszechną w Będkowie, którą ukończyli w 1934 r.

W latach 30, Gmina miała obowiązek fundowania stypendium dla najlepszego ucznia w każdym roczniku. [oczywiście jeśli miała na to środki], z takim wnioskiem występował kierownik szkoły [Emil Gernand],. Z czwórki bardzo dobrze się uczących chłopców, Gmina wybrała Krakowiaka, który wykształcił się na nauczyciela.

Z wywiadu z Witoldem Gernandem, synem Emila któremu ojciec opowiadał Kubiaku i Rybaku. Trudno było mi się pogodzić, że tak zdolni chłopcy nie mogą kontynuować nauki. Postanowiliśmy z żoną jakoś im pomóc. Napisałem bardzo dobre opinie o uczniach i żona pojechała do Piotrkowa. Nie pomogło to wiele. Synowie chłopów nie byli mile widziani…itd.

[Gimnazjum i LO im. B. Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim to wtedy była bardzo elitarna szkoła. W 1919 r. egzamin dojrzałości nie odbył się w LO im. B. Chrobrego – absolwenci poszli wszyscy na wojnę.]

Mimo początkowych trudności M. Rybak dostaje się do Gimnazjum Chrobrego. Pomaga mu w tym Bolesław Węgrzynowski, syn Ignacego, podporucznik W.P., walczył w latach 1918 – 20 w wojnie polsko-radzieckiej,

Z opowiadania J. Kubiaka: „miałem dwa wyjścia albo kontynuować naukę w seminarium albo w szkole wojskowej, wybrałem to drugie. Ale i tu nastąpiły trudności, świadectwo zdrowia które musiałem złożyć w raz ze świadectwem ukończenia szkoły kosztowało 5 zł., było to pięć dniówek mojej mamy zapracowane na folwarku wolskim, rodziców nie było na to stać. Stałem smutny na korytarzu i wtedy podszedł do mnie kierownik szkoły E. Gernand, wyciąga z kieszeni 5 zł . Jaki ja byłem szczęśliwy, całą drogę biegłem do Ujazdu by się nie spóźnić do lekarza. Szkoła wojskowa stała przede mną otworem”.

Mieczysław Rybak – w latach 1935 – 1939 ukończył Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim. Uczył się bardzo dobrze, a szczególne wyniki osiągał z języka polskiego i francuskiego. Mieszkał na malutkiej stancji, a tam oszczędzał na ogrzewaniu i energii elektrycznej. W czasie zimy lekcję odrabiał w gmachu starostwa i sądu okręgowego. Dorabiał, udzielając korepetycji.

Edukację przerwała wojna w roku 1939, więc dalszą naukę kontynuował na tajnych kompletach u prof. Wojtczaka. Egzamin dojrzałości zdał w 1943 r. W 1945 r. podjął studia na Akademii Górniczej w Krakowie, w 1946 r. zorganizował pochód w rocznice konstytucji 3-maja i został wydalony z uczelni. I wtedy rękę podaję mu prof. Witold Wierzbicki, przyjmując go na Politechnikę Warszawską, która ukończył 1949 r. W 1986 r. został profesorem zwyczajnym. Ma bardzo bogaty dorobek naukowy w sumie 250 prac. Zmarł 2003 r. w Warszawie.

Literatura: „Wspomnienia niepublikowane Mieczysława Rybaka”

Zenon Bartczak „Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim. Dzieje. Wychowankowie. Absolwenci.” Piotrków Trybunalski 2006

Jan Kubiak, po skończeniu szkoły powszechnej udało mu się dostać do szkoły wojskowej dla małoletnich w Koninie. Była to szkoła dla piechoty i broni technicznej w oparciu o zakłady Cegielskiego. Po wojnie zdał maturę w I LO im. Kopernika w Łodzi, potem skończył Wydział Chemii Spożywczej na Politechnice Łódzkiej. Zrobił doktorat. Przez wiele lat był wykładowcą na uczelni.

Reasumując:

Miałem przygotowany tekst na podsumowanie wykładu, ale jak wczoraj przeczytałem pamiętniki profesora Mieczysława Rybaka, które przysłał mi syn jego Rafał Rybak, wszystko wykreśliłem i postanowiłem przeczytać tylko jego fragment pamiętnika.

„W Piotrkowie nigdy przedtem nie byłem. Koleją, co prawda, przejeżdżałem przez Piotrków, jadąc do Częstochowy w ramach pielgrzymki jako prawdziwy katolik razem z mamą.

Pewnego pięknego czerwcowego dnia 1934 r. pojechałem na egzamin.. Zjawiłem się w towarzystwie wuja, „światowca”. On tyle wiedział o egzaminie, co ja, czyli nic. Ja ubrany modnie, jak na Ceniawy, w gumowych błyszczących lakierkach, przy tym tanie, w modny wtedy na wsi kaszkiet z dużym daszkiem. W gmachu Gimnazjum poczułem się nieswojo, jakiś bardzo malutki. W ogóle wystraszyła mnie cywilizacja.

Siadłem grzecznie na sali egzaminacyjnej i czekam. Wszyscy, prawdopodobnie przyszli koledzy. W ciemno dałbym im same piątki. Ale ja? Oni „chłopcy malowani” , nie znani, obcy, eleganccy. W krawatach, ja nigdy nie miałem dotychczas krawata, białe koszule, czarne garniturki, wystrzyżeni, że hej; za sam wygląd należała się im piątka. Wszyscy jak na komendę wyciągali jakieś papiery i pióra, wszyscy z wyjątkiem mnie. Ja nic nie wiedziałem o jakichś papierach. Profesor nadzorujący egzamin z polskiego, Jakub Wrzask, strasznie głośno mówiący, dojrzał mnie przy pustej ławie i zagadnął: a ty co? Czemu nie wyjmujesz papierów i narzędzi do pisania. Zdrętwiałem Nie mam odparłem. Nie wiedziałem, że trzeba – dodałem. Nie wiedziałeś, grzmiał, że na egzaminie trzeba czymś i na czymś pisać! Jeśli się ma cokolwiek do napisania dodał, śmiejąc się. Aluzja była wyraźna.

Niech któryś da mu ze dwie kartki papieru i jakieś pióro, może coś napisze, powiedział do moich sąsiadów, kolega nie wiedział, dodał po chwili bez cienia większej złośliwości. Ja zaś byłem szczęśliwy, że mnie nie wyrzucił. A mógł. Był to egzamin z polskiego.

Temat: ”Moja wakacyjna przygoda”. Temat jak temat, ale „przygoda” była dla mnie zaskoczeniem. Dla mnie wszystko było zaskoczeniem. Jaka przygoda?, pomyślałem. Zauważyłem, że koledzy jakby czekali na taki temat. Poniektóry wystartował z miejsca nie tracąc cennego czasu. A ja zapadałem się w pustkę. A ja nie przeżyłem żadnej przygody i trzeba będzie polec na placu boju. Trudno.

A poza tym, co to jest ta przygoda? Trzeba być do niczego, żeby nie przeżyć żadnej przygody, trzeba być ze wsi. Tu wszyscy widocznie mieli przygody. Zakończyłem bezsensowne rozważania. Czytałem, owszem, przygody Robinsona Crusoe, to były jego przygody, ale moja, jaka: jak krowa weszła w szkodę, albo jak Stacho Rudzińskiego batem wyłoił, wstyd wspominać.

W końcu zacząłem: „W wakacje pracowałem z rodzicami przy żniwach w polu, albo pasłem krowy, rano wypędzałem a wieczorem przyprowadzałem, przez całe wakacje. Żadnej przygody nie pamiętam, bo jej nie było…..itd. Po polsku i po ludzku, ale nie na temat.

Jakoś zdałem, nawet profesor Wrzask publicznie pochwalił. Cóż on w tym pisaniu zobaczył, myślałem. Teraz mogę powiedzieć, że taka literatura faktu w pigułce mogła się wyróżniać. Czy mogła się spodobać, to już rzecz gustu.

Matematyka, też jakoś przebrnąłem. W ten sposób zostałem uczniem Gimnazjum Chrobrego. Świat nie jest taki zły, pomyślałem”.

Za czym Państwu podziękuję za wykład, chciałby przedstawić dwójkę artystów.

Mariusza Błocha, muzyka, którego genealogia rodzinna sięga głęboko w naszą Ziemię Będkowską, jego praszczurowie pochodzą z Wykna, małego chłopca fascynuje już muzyka, najpierw ta z koncertów blusowych, a z biegiem lat wciąga i porywa muzyka ludowa i skrzypce.

Weronika Nowak, pieśniarka ludowa z zespołu Tkacze, pobierała nauki u Jana Łaskiego, jak bym miał wymieniać sukcesy, to byłby to drugi wykład. Zaśpiewa: „W moim ogródecku” i „Jedzie Jonek jedzie”.

Będków, dn. 22.10.2017 r.

Opracował:

Andrzej Nitek